Blokowe Eksperymentarium.

10894924_914211545269907_1548569586_n

Pisałem już o mojej pierwszej próbie zrobienia hiszpańskiej, dojrzewającej kiełbasy Chorizo. Pisałem też, że mieszkam w bloku, a moim poligonem doświadczalnym jest kuchnia o wielkości czterech metrów kwadratowych. Wracam do tego tematu, by odpowiedzieć na pytanie czy te dwa elementy mogą się ze sobą połączyć? Czy wielowiekowa tradycja wywieszania surowej kiełbasy na działanie południowego powietrza ma prawo zaistnieć w zamkniętej przestrzeni budynku osadzonego w realiach polskiego socjalizmu lat siedemdziesiątych?

Jest takie powiedzenie, które doskonale moim zdaniem oddaje paradoks tej sytuacji: w każdym szaleństwie jest jakaś metoda. Otóż i w tym irracjonalnym pomyśle jest jakiś ukryty sens. I to niezbyt głęboko ukryty. Ale zanim do niego dojdę popuszczę na chwilę nieco wodze fantazji i stworzę krótki, malowniczy obrazek. Wyobraźmy sobie więc mały, murowany domek, ze spadzistym dachem, położony w rozległej, zielonej dolinie. Z jego okien rozciąga się przepiękny widok, jego podwórze przeciąga się w bezkresny sad, a z komina snuje dym. Wprost w nieskazitelnie błękitne niebo. W oddali słychać szum strumienia. W gałęziach drzew igra lekki wiatr. We wnętrzu tego domu, tuż za jego drewnianymi drzwiami, pod stropem suszy się czerwona, aromatyczna kiełbasa. Wszystko jest na swoim miejscu. Tak jak być powinno. Taka sama kiełbasa dynda pod sufitem blokowej kuchni. Powieszona na plastikowym kiju od szczotki, przy lekko uchylonym oknie z PCV. Suszy się w powiewach miejskiego powietrza. Za oknem warkot samochodów i szum tramwaju sunącego po szynach. Warunki zbliżone do skrajnych. Te dwa miejsca nie mają ze sobą żadnych wspólnych elementów. Poza jednym. Kiełbasą.

Czy w warunkach tak bardzo niezbliżonych do naturalnych możliwe jest zrobienie chorizo? Pozornie stoi temu na przeszkodzie wiele czynników. W rzeczywistości – jeden. Zanim jednak o nim, wspomnę o czynnikach korzystnych. Proces przygotowania kiełbasy tego typu opisałem już w tekście Hiszpańska Delicja. Nie będę wracał do szczegółów. Najważniejsze jest to, że jej przygotowanie jest proste. Nie wymaga specjalistycznych narzędzi, a wszystkie składniki można kupić bez żadnego problemu. Schody zaczynają się, gdy kiełbasa jest już gotowa do dalszej obróbki. Z założenia nie wymaga ona bowiem jakiejkolwiek obróbki. Wręcz odwrotnie. Jakakolwiek ingerencja termiczna jest niewskazana. Jedyne czego chorizo wymaga to przewiewnego i niebyt gorącego miejsca, czasu oraz odpowiedniego powietrza. A z tym ostatnim w warunkach blokowych jest dosyć duży problem. Surowe kiełbaski, aby stały się pełnowartościowym wyrobem, muszą przez co najmocniej dziesięć tygodni wisieć i powali obsychać. Powtórzę, aby podkreślić powagę sytuacji – powoli.

Przekonałem się o tym, gdy po dziesięciu tygodniach czekania rozkroiłem pierwszą laskę swojej kiełbasy. Dwa i pół miesiąca codziennego wizualnego kontaktu. Siedemdziesiąt dni prób organoleptycznych, ograniczonych siłą rzeczy do badania zapachu. I okazało się, że doskonale wyglądająca i wspaniale pachnąca wędlina jest w środku kompletnie wysuszona. Jej wnętrze miało konsystencję drewnianych wiórów. Rozpadało się i było grudkowate. Blokowe powietrze, zasilane w sezonie zimowym kaloryferami niemalże zmumifikowało moją kiełbasę. Nie straciła ona wprawdzie walorów smakowych czy zapachowych ale z hiszpańskim oryginałem nie miała niestety, pod względem konsystencji, nic wspólnego. Porażka na całej linii.

Nie złożyłem jednak broni. Uznałem w konsekwencji, że ten eksperyment nie jest porażką, ale doświadczeniem. Jego wartość polega na tym, że mogę go wykorzystać w dalszej pracy. Mogę też dzielić się nim. Tak też właśnie zrobiłem. Wypuściłem w eter informację o moim eksperymencie. Reakcja była niemalże natychmiastowa. Okazało się, że nie ja jeden podejmowałem się prób zrobienia chorizo w bloku i nie tylko mnie się to nie udało. Znalazł się w końcu ktoś, kto odkrył sposób na osiągnięcie sukcesu. Klucz do niego tkwił z umieszczeniu dojrzewającej kiełbasy w odpowiednim środowisku, a jest nim, w warunkach miejskich, lodówka. Ta sama, w której mogą dojrzewać sery sporządzane na wzór Korycińskich. Sposób jest prosty: dwa, trzy dni na kiju przy oknie, pozostałe na kratce w lodówce. Tutaj sobie powoli obsycha, dojrzewa, w optymalnej temperaturze i dobrej wilgotności powietrza. Sukces stał się bardzo realny i znalazł się na wyciągniecie ręki.

Pojawia się teraz pytanie, co ze wspomnianym przeze mnie na początku, niezbyt głęboko tkwiącym sensem? Jest on zawarty nie w sukcesie, który jest wyjątkowo ulotnym zjawiskiem, ale w samym procesie oraz w możliwości jego przeprowadzenia. Uświadomiłem sobie, że piękno absurdu podejmowania próby zrobienia hiszpańskiej dojrzewającej kiełbasy chorizo w warunkach blokowych, polega na tym, że mogę to zrobić. Mogę podjąć działanie zmierzające do realizacji tego irracjonalnego planu. Mam do tego odpowiednie środki i narzędzia, mam niezbędne umiejętności i predyspozycje. Mam wreszcie wewnętrzne przyzwolenie do tego by realizować tak szalone pomysły oraz mam do tego prawo. Jestem człowiekiem wolnym, nikomu nie szkodzę, nikt mi tego nie może zabronić. Cała przyjemność takich działań polega na próbowaniu, eksperymentowaniu, przekraczaniu granic, na wcielaniu się w rolę szalonego naukowca i czerpaniu z tego dziecięcej radości. Pomimo braku, czasami, racjonalnego wyjaśnienia.

Na zakończenie dodam, że jeszcze nie praktykowałem podanego przez mnie sposobu na skuteczne wykonanie smacznej, zbliżonej do oryginału kiełbasy chorizo. Nadal, co przepełnia mnie euforią, wszystko przede mną. Proces bowiem nie został jeszcze zakończony.