Bez Młota Nie Robota.

Nie myślałem,że kiedykolwiek to napiszę, ale tak. Muszę przyznać, że zrobienie niektórych wyrobów kulinarnych bez konkretnego sprzętu jest w zasadzie niemożliwe, a przynajmniej ekstremalnie trudne. Proste przepisy stają się bez nich karkołomnymi wyczynami, a te skomplikowane? To Czomolungma sztuki kulinarnej.

Wbrew pozorom do napisania tego tekstu nie skłoniły mnie Wielkanocne doświadczenia. Jak już sam na sobie sprawdziłem, brak piekarnika nie jest przeszkodą. Jest niedogodnością i stanowi doskonały punkt wyjścia do eksperymentowania. Pisałem o tym w tekście Od Nowa, oraz Bez Piekarnika – Część Pierwsza i Część Druga. Od lat jednym z najważniejszych i niezastąpionym narzędziem w mojej kuchni jest zwykły, ręczny blender. To on, wyposażony w jedną końcówkę i jeden pojemnik setki razy stawał się dosłownie ostatnią deską ratunku. Bez niego nie powstałaby domowa chałwa, pyszne mleczne koktajle czy gładkie pasztety. Pomocne do tej pory narzędzie okazało się jednak tym razem niewystarczające. Konstrukcją i mocą musiał ustąpić swojemu silniejszemu kuzynowi: młynkowi do kawy i ziaren.

Przy całej swojej doskonałości, ręczny blender nie nadaje się do zbyt dużej ilości gęstych lub twardych składników. Doskonale radził sobie z garstką słonecznika czy sezamu, połową szklanki świeżych daktyli, ale już z ich mieszanką czy większą ilością…  niezupełnie. Nie wspomnę o suszonych daktylach, rodzynkach czy żurawinie. Bez kilkunastominutowego moczenia nie był w stanie nawet ich wymieszać. Wiele razy pracował na granicy wytrzymałości, rozsiewając wokół siebie aromat spalenizny. Po prostu się do tego nie nadawał. Przekonałem się o tym, gdy w kulminacyjnym momencie nie próbowałem po niego sięgnąć.

Głównym tego powodem były wydarzenia poprzedzające kolejny start w zawodach biegowych. Staram się przed nimi zrobić dla nas i naszych przyjaciół coś słodkiego, jako nagrodę za intensywny wysiłek. Tym razem sprawa jak zwykle nie była taka prosta, gdyż: miałem mało czasu, nie miałem pomysłu, a jedna z biegnących osób jest weganką. Padło więc w ostatnim niemalże momencie na szybkie i proste daktylowe kulki mocy.

Te ostatnio moment okazał się kluczowy. Gdy zabrałem się do pracy o godzinie 22:00, przypomniałem sobie ile zazwyczaj zajmuje mi zmielenie szklanki czy dwóch ziaren słonecznika. Nie miałem wątpliwości, że nie mam po co wyciągać blendera z szuflady. Za to sięgnięcie po młynek było strzałem w dziesiątkę. Wszystkie składniki miałem gotowe po kilku minutach. Włącznie z tym, że gdy zabrakło daktyli, mogłem z powodzeniem zmielić tyle rodzynków ile potrzebowałem. Jedyną niedogodnością była konieczność mielenia małych porcji orzechów, ziaren i suszonych owoców. Trwało to jednak tak krótko, że nie stanowiło żadnego problemu.

Młynek do kawy i ziaren jest częścią większego zestawu, wielofunkcyjnego robota kuchennego. Jako miłośnik prostoty z daleka staram się omijać to urządzenie. Wywołuje we mnie lęk, głównie z powodu zbyt wielu części, które obawiam się poskładać w niewłaściwej kolejności. Innym powodem jest ich mycie. Bogate w zakamarki pojemniki aż proszą się o niedokładność. Ostatecznie, składający się z dwóch elementów młynek złożyłem w całość i po kilkunastu minutach stałem się posiadaczem gęstej wieloskładnikowej mas, którą wystarczyło tylko utoczyć w smaczne kulki. Potwór okazał się być pomocnym przyjacielem.

Przepis, z którego skorzystałem:

2 szklanki mieszanki orzechów i nasion
1 szklanka górskich płatków owsianych
1 szklanka suszonych daktyli, namoczonych godzinę we wrzątku
½ łyżeczki miąższu z laski wanilii (opcjonalnie)
1 łyżka oleju kokosowego (opcjonalnie)
½ łyżeczki soli
ulubione przyprawy: kakao, imbir, gałka muszkatołowa, cynamon, chili
dodatki do obtoczenia: mak, sezam, płatki migdałowe lub jaglane

W blenderze zmielić bardzo drobno mieszankę orzechów i przesypać ją do większej miski wraz z wanilią, solą i wybranymi przyprawami. Kolejno zmielić płatki owsiane i przesypać je do osobnej miski. Na końcu zmiksować namoczone wcześniej daktyle, aż powstanie z nich gęsta i gładka masa. Wodę odlać do małej szklanki. Do mieszanki orzechowej dodać masę daktylową i porządnie wymieszać ją widelcem lub rękoma. Powoli dodawać płatki owsiane, ugniatając całą masę – do momentu, aż przestanie bardzo kleić się do rąk, ale nadal pozostanie plastyczna. Zazwyczaj szklanka całych płatków owsianych jest wystarczająca, jednak zależy to od stopnia namoczenia i rodzaju użytych daktyli. Gdyby okazały się za suche – dodać po odrobinie wody pozostałej z moczenia daktyli. Uformować kulę ciasta i odstawić ją do lodówki na 15 minut, aż się schłodzi. W międzyczasie przygotować dodatki do obtoczenia pralinek. Pralinki formować w zwilżonych dłoniach. Na jedną kulkę przypada około jedna łyżka ciasta. Ozdabiać kulki, wcześniej zwilżając je odrobiną wody, i odkładać na papier do pieczenia.

Swoje kulki wykonałem w dwóch wersjach. Jedną z samych orzechów ziemnych z solą, drugą z ziaren słonecznika oraz kardamonem i cynamonem. Dodałem też 1/4 szklanki zmiksowanej żurawiny.

Przepis znalazłem na blogu Ervegan, we wpisie Najłatwiejsze Kulki Mocy.

Gdyby nie młot męczyłbym się pewnie z orzechami i słonecznikiem do późnych godzin nocnych. O daktylach czy rodzynkach i żurawinie nie wspomnę. Omijane przez mnie urządzenie okazało się bardzo przydatne.

Same kulki są bardzo smaczne i sycące. Wykonane z fistaszków smakują jak słodko-pikantne masło orzechowe. Kardamon zawarty w słonecznikowych całkowicie dominuje nad ich smakiem. Tak jak pierwsze wywołują u mnie ślinotok, tak drugimi chętnie bym się podzielił. Wbrew pozorom są kruche i zwarte jednocześnie. Nie mają gumowatej i trudnej do przełykania konsystencji, jednakże najlepiej smakują z woda lub mlekiem. Zwłaszcza po intensywnym wysiłku, lub w jego trakcie.

Na zakończenie dodam, że pomimo starań nie udało mi się poczęstować moimi kulkami nikogo znajomego. Pomimo, że zastosowałem udoskonaloną technologię, stworzyłem własną wersję przepisu, wprowadzając do niego nutkę mistrzowskiej wirtuozerii, wyrobiłem się czasowo, nie wydając przy tym ani jednej dodatkowej złotówki, gdyż wszystkie składniki miałem w domu, sfotografowałem własne dzieło z laboratoryjną dokładnością i nie pochwaliłem się nim od razu na Facebooku, zawiodła centrala jednostka sterowania podręczną pamięcią i zapomniałem zabrać kulek ze sobą. W ostatnim momencie.

Do dziś raczę się ich smakiem.