Bez Jaj!

To, że historia lubi zataczać kręgi wiadomo od wieków. I to w kółko. Ja wiem. Ona wie. Wiemy. Dlatego nie dziwi nas, gdy uświadamiamy sobie, że to się właśnie stało. Po raz kolejny rozgrywa się znów, właśnie teraz. Powtarza się nieco chaotycznie, trochę niedbale, bez dbałości na szczegóły, jak w bezładnym tańcu. To bez znaczenia. Historia nie jest małostkowa. W końcu piszą ją zwycięzcy.

Nie miałem żadnych wątpliwości co dziś zrobię z popołudniem. Od kilku tygodni przeszukuję internet w poszukiwaniu nowych pomysłów na przetworzenie kaszy jaglanej. Dzisiejszy wolny czas z radością poświęciłem więc kolejnemu etapowi tej pracy. To wbrew pozorom nie takie łatwe, pomimo że pracy blogera kulinarnego, męża i ojca daleko do wysiłku operatora ręcznego spulchniacza gleby. Okazuje się bowiem, że większość dań, potraw czy różnego rodzaju słodyczy wykonanych na bazie tego składnika nie spełnia moich oczekiwań.  Nie odpowiada mi z jednego podstawowego powodu. Z przekombinowania.

Prosta receptura, niezbyt skomplikowany proces tworzenia to chlubne wyjątki. Zazwyczaj przepisy aż pękają w szwach od ilości składników, rozrywane są surowcami o bardzo skomplikowanych nazwach oraz takich, których w kuchni nie mam i raczej mieć nie będę. Dla mnie codzienna potrawa powinna składać się z tego co pod ręką, lub z tego co w miarę łatwo osiągalne. Powinna być możliwa do wykonania bez ciągłego zaglądania w przepis lub szukania w słowniku znaczenia obcojęzycznych nazw. Tylko tak może stać się codziennością. Tak jak naszą domową codziennością stają się powoli produkty bezglutenowe, bez laktozy czy pozbawione rafinowanego cukru.

Bez, bez i jeszcze raz bez. Tworzenie kuchni na unikaniu jest zadaniem bardzo trudnym. Możliwym ale wymagającym wysiłku, z którym związane jest zupełnie niepotrzebne napięcie. Osobiście staram się unikać zarówno jednego jak i drugiego. Dążę do wolności od zmuszania się do wysiłku. Do swobody w poruszaniu się po moim ulubionym miejscu w domu. Skupianie się więc na zakazach tylko komplikuje sprawę. Po prostu. Odbiera radość z tego co wolno. Ale skoro aż tylu rzeczy nie wolno, to co w końcu wolno?

Pamiętam jak pod koniec liceum postanowiłem zrezygnować z jedzenia mięsa. Wegetarianizm szybko przerodził się w weganizm i po kilku miesiącach stałem się osobą jedzącą tylko produkty pochodzenia roślinnego. Byłem w tym bardzo konsekwentny. Unikałem nawet słodyczy, ze względu na niepewność ich składu. Pamiętam też reakcję mojej mamy. Gdy usłyszała, że nie będę więcej jadł nawet ryb. Złapała się za głowę i spytała: To co ty w ogóle będziesz jadł? Odpowiedź na to pytanie tkwiła oczywiście w nim samym. Będę jadł wszystko z wyjątkiem mięsa. – odpowiedziałem i przejrzałem na oczy.

Otworzyłem je wtedy na zupełnie nowy nieznany dla mnie świat. Pełen znanych mi smaków i składników, wypełniony lubianymi przeze mnie zastawieniami. Świat, w którym proste i zwykłe potrawy stały się wyjątkowe i wykwintne. Pamiętam jak zdziwiłem się ile rarytasów zawierają nasza lodówka i spiżarnia, gdy przestanę w nich szukać tylko mięsa! Jakich wrażeń smakowych i zapachowych mogą mi dostarczyć, gdy przestanę je traktować jak dodatki do dania głównego. Gdy same staną się nim i nie będą go w żaden sposób naśladować. Tak samo, ale nie identycznie było również dziś.

Przepis, z którego skorzystałem:

1 szklanka kaszy jaglanej
1,5 szklanki wody
1 duża cebula
2 średnie marchewki
2 ząbki czosnku
kilka gałązek natki pietruszki
sól, pieprz, ulubione zioła do smaku
odrobina maki lub otrąb do obtoczenia kotletów

Kaszę jaglaną dokładnie przepłukać zimną woda i wrzątkiem. Najlepiej kilkakrotnie. Zalać odmierzoną ilością zimnej wody, dodać szczyptę soli i zagotować. Gdy kasza wchłonie wodę, zwykle po około 10-15 od wstawienia, odstawić z pieca i zostawić pod przykryciem do wystygnięcia. Cebulę pokroić, marchew zetrzeć na tarce, czosnek obrać i posiekać. Cebulę i marchew posmażyć na małej ilości oleju aż cebula się zaszkli a marchew zmięknie. Pod koniec dodać na chwilę czosnek. Cebule, marchew i czosnek zmiksować na w miarę gładka masę. Dodać do wystudzonej kaszy jaglanej. Dodać sól, pieprz, zioła i posiekana natkę pietruszki. Dokładnie wyrobić masę rękami. Formować dowolnej wielkości kotlety. Obtoczyć w mące lub otrębach z obu stron. Smażyć na rozgrzanym olej z obu stron, aż się zarumienią.

Inspiracją do tego przepisu był przepis, który znalazłem na blogu Klaudyna Hebda, we wpisie Kotleciki z Kaszy Jaglanej. Bardzo Proste.

Przepłukanie kaszy zimną woda i wrzątkiem oraz dodanie do niej soli podczas gotowania jest skutecznym sposobem, by pozbawić jej nieprzyjemnej goryczy. Nie zawsze jednak to działa. Kasza musi być świeża. Długo leżąca kasza jaglana po prostu jełczeje.

Po przejrzeniu wielu przepisów zrozumiałem w końcu, że wszystko czego mi potrzeba znajduje się w zasięgu moich rąk. Nie dostrzegałem tego, jaki skarb posiadam. Najprostsze, zupełnie zwykłe składniki połączone w odpowiedni sposób dadzą prosty i zwyczajny efekt. I w tym tkwiła jego siła. Kotlety zrobione w ten sposób zaskoczyły nas pod każdym względem. Składniki doskonale do siebie pasowały, utworzyły doskonałą kompozycję elementów, które jakby zostały do siebie stworzone. Jak starzy dobrzy znajomi, uzupełniały się nawzajem i nie zaskakiwały ani smakiem, ani zapachem. Nie było w nich jednak nudy. Tylko świeżość, pełnia, zaspokojenie i satysfakcja. Wszystko co niezbędne.

Szczególnie istotne w tym przepisie jest to, że nie posada on żadnych braków. Jest oczywiście tak skomponowany, że można go modyfikować po kątem własnych wymagań smakowych i zapachowych. Nie można o nim jednak napisać, że czegoś w nim brakuje. Nie brakuje w nim mięsa, gdyż nie są to kotlety, które mają imitować mielonego. Ugotowana kasza jaglana jest na tyle kleista, że nie wymaga dodania żadnego składnika łączącego. Nie potrzeba więc używać w nim ani bułki tartej, ani jaj. Smak oparty na prostych przyprawach i ziołach pozwala się nimi w pełni delektować. bez konieczności dodatkowej koncentracji na rozwiązywaniu zagadki źródła smaku.

Historia zatoczyła krąg. Od chwili, gdy robiłem swoje pierwsze kotlety z marchewki, soi czy soczewicy minęły ponad dwie dekady. W tym czasie moja historia pisała się wielokrotnie nie po mojej myśli i kila razy zupełnie od nowa. To, że stałem dziś nad kuchenką, obracając smażące się wegańskie kotlety jest dla mnie kolejnym wielkim początkiem, którego nie zaplanowałem.

Ten początek pomimo, że dobrze mi znany jest jednak nieco inny. Dwadzieścia parę lat temu nie było w moim życiu internetu, w moim mieście działał jeden sklep wegański, ale mój portfel nie pozwalał mi do niego często zaglądać. Musiałem więc sięgać po najprostsze dostępne mi składniki. Dziś robię to z wyboru. Różnica tkwi też w przyczynach mojego zainteresowania kuchnią wegańską. Ten początek nie jest efektem młodzieńczego buntu czy eksperymentem z psychiczną wytrzymałością rodziców. Nie jestem też zainteresowany całkowitym wykluczeniem mięsa z diety. To daleko poza moją chęcią. To wynik troski o moich bliskich i o siebie. Wynik naturalnego procesu zmian, które wspólnie przeżywamy. Wynik konieczności wprowadzenia urozmaiceń. Wynik dojrzałości, która pozwoliła mi z radością wejść jeszcze raz do tej samej rzeki. Pomimo uprzedzeń i oporów. Pomimo krótkowzroczności, przez którą w innym stylu żywienia widziałem tylko brak.

  • I voila, kolejna piękna opowieść. A dla mnie przepis do wypróbowania. Pięknie piszesz, uwielbiam Twoje „ballady” o smacznym jedzeniu 🙂

    • Dziękuję 🙂 A przepis? Genialnie prosty, a bardzo efektowny. Duże pole do popisów 🙂 Mam nadzieję, że podzielisz się opinią. Pozdrawiam!

  • A co się stało, ze jednak wróciłes do miesa? 😉
    I powiem Ci, ze ja uwielbiam warzywka i staram sie od dluzszego czasu nie jesc miecha-i co? i żyję 😀

    • Super 😀 bez mięcha naprawdę da się żyć 🙂 A dlaczego wróciłem? Samo przyszło, samo poszło 🙂 Jak się najadłem warzyw to nabrałem apetytu na mięso. Może też samo pójdzie… 🙂

      • Hehe, najważniejsze to słuchać własnego organizmu i już 🙂

  • Jaglanka taka ostatnio bardzo modna ma swój charakterystyczny smaczek, który nie zawsze mi sprzyja 🙂 raz lubię, a raz nie. Ale, że też lubię prosto i szybko to będzie i u mnie próba Twoich kotlecików 🙂 mniam <3

    • Bardzo mi miło 🙂 Ja dziś będę robił wersję z pieczarkami zamiast marchewki 😛 A co do jaglanki, to u nas jest koniecznością, a nie wyborem. Jako produkt bezglutenowy i ogólnie dostępny, czyt. tani, nie ma obie równych. Staram się jak mogę więc by gotować tak, by jej smaku jak najmniej było czuć. Dzięki za komentarz. Okazało się, że nie napisałem ważnej uwagi o jakości samego surowca i jego soleniu. Dodanie szczypty soli podczas gotowania ma istotny wpływ na jej smak po. Nawet jeżeli przygotowuję jaglankę na słodko 🙂 Dziękuje!

  • Weganizm 20 lat temu? To musiało być wyzwanie wtedy, teraz wegańskie jedzenie jest w każdym mieście:-)

    • Oj było! Za to jaka satysfakcja była! Ile ja to się natłumaczyłem na imprezach… I te wpatrzone niewieście oczęta 😛

  • Uwielbiam kaszę jaglaną. Jem ją głównie ‚na słodko’ z owocami jako śniadanie. Na ostro jeszcze nie próbowałam ale ten przepis pobudził moje kubki smakowe, więc muszę spróbować. Z własnego doświadczenia powiem, że nie płuczę kaszy przed gotowaniem i nigdy nie wyszła mi gorzka 😉 Taka ciekawostka 🙂 Dodaję do ulubionych

    • Ot Ci ciekawostka. I to ewenement jednocześnie! Może kupujesz kaszę jaglaną na wagę w prywatnym małym sklepiku z kaszami i bakaliami? Podobno ta gorycz to objaw jełczenia kaszy, która jest bardzo tłusta. Bedę Ci bardzo wdzięczny za nadanie kierunku 🙂