Batoniki Dobrego Samopoczucia.

11849265_1081384925226496_1396376751_c

W tym roku pierwszy raz w życiu wakacyjny urlop spędziłem w Tatrach. Na dodatek w ich słowackiej części. W tym roku pierwszy raz pokonałem samego siebie i po wielu miesiącach przygotowań przebiegłem, ciągiem, trzydzieści minut. Nawet kilka więcej. Czy coś łączy te dwa pozornie odległe od siebie wydarzenia? W zasadzie tak. To niecodzienny, intensywny wysiłek, związany z nadmierną utratą energii.

Nie był to nasz pierwszy wyjazd w góry, ale pierwszy w tak piękny, jednocześnie niebezpieczny i trudny pod względem wymagań fizycznych region geograficzny. Nie było to moje pierwsze w życiu spotkanie ze sportami wysiłkowymi, ale pierwsze po wielu latach życia, pozbawionego jakiejkolwiek aktywności fizycznej. Do obu wyzwań podszedłem metodologicznie. Do wyjazdy w góry zacząłem przygotowywać się kilka miesięcy wcześniej, jeżdżąc na rowerze i rozpoczynając przygodę z bieganiem. W ten sam sposób, systematycznie, łącząc bieg z marszem, przygotowywałem się do pobicia swojego życiowego rekordu. Różnica polega na tym, że do wielogodzinnych wędrówek w trudnym terenie przygotowałem oprócz siebie również odpowiednią dietę. Opartą na składnikach uzupełniających niedobory energii. A do systematycznego biegania w najbliższej okolicy mojego miejsca zamieszkania, już nie. Opamiętanie przyszło gdy parę dni temu, po przebiegnięciu kolejnej trzydziestki, zacząłem odczuwać objawy przemęczenia. Zarówno fizyczne jak i psychiczne. Organizm najzwyczajniej w świecie upomniał się o swoje

Biegam trzy razy w tygodniu. Niby niewiele, a jednak wystarczająco dużo by odczuć negatywne skutki braku odpowiedniej diety. Najbardziej dokuczał mi nagły spadek energii tuż po treningu. Czułem się wtedy jak po żmudnej wędrówce w górę. Chwilowa utrata siły, spadek dobrego samopoczucia. W domu szybko ten stan opanowywałem zwolnieniem tempa, łykiem wody, orzeźwiającym strumieniem prysznica. W górach porządną dawką wysokokalorycznej przekąski.   W warunkach domowych, w bezpiecznym nizinnym otoczeniu, bez realnego i namacalnego zagrożenia, zupełnie nie zwracałem uwagi na sygnały, które wysyła mój organizm. Osłabienie szybko mijało, początkowo czułem się dobrze, jednak w ciągu dnia, moje samopoczucie pogarszało się z godziny na godzinę. Nie pomagałem sobie kolejnymi kawami i zbyt obfitymi, rzadkimi posiłki. Rażąco zaniedbywałem ilość wypijanych płynów i co najważniejsze, zupełnie nie dziwił mnie mój stan. Dopiero po jakimś czasie skojarzyłem, z jakiego powodu dzień kończyłem wyczerpany, w fatalnym humorze, skłonny do wahań nastrojów.

 

Właśnie przed chwilą spojrzałem na zegarek i uświadomiłem sobie, że od dawna powinienem już spać. Jutro rano wstaję, jak zwykle chwilę po siódmej. Zajmuję się codziennymi obowiązkami, potem przygotowuję do pracy i zaczynam swój aktywny dzień. Kładę się za późno. W górach o tej godzinie dawno już spałem. Mając na uwadze wszystkie możliwe zagrożenia, dbałem o długość swojego snu. Teraz, w domu postępowałem dokładnie odwrotnie. Tam podstawowym napojem była czysta woda. Posiłki były małe i częste. Składały się głównie z dobrze przyswajalnych, długo trawionych składników. Mało tego. Dzień starałem się kończyć w miarę lekkostrawną kolacją, tak by poranka nie zaczynać z przepełnionym żołądkiem. Kładłem się wcześniej spać. W przypadku skrajnego zmęczenia sięgałem po małe, wysokokaloryczne przekąski. Jednym słowem o swój wieczorny nastrój zaczynałem dbać już poprzedniego dnia, nie czekając na ostatnią chwilę.

Sięgając po batonik zapewniałem sobie nie tylko powrót sił, ale również powrót dobrego samopoczucia. Organizm niemal natychmiast reagował na porcję energii zawartej w tłuszczu i węglowodanach. A w jaki sposób? Uśmiechem! Chwilę po pierwszych kęsach stroma ścieżka przestawała męczyć, niekończące się podejście dłużyć, krawędź skały przerażać, a chmurka zasłaniająca słońce wywoływać atak paniki. Okazuje się, że niewiele potrzeba było bym poczuł się choć trochę lepiej. Ale czy sam batonik był tym cudownym środkiem zaradczym na wyczerpanie? Nie. Był tylko kulminacyjnym momentem procesu dbania o swój wypoczynek i odpowiednie odżywianie. Tym przysłowiowym czubkiem góry lodowej.

Nie twierdzę oczywiście, że samym dobrym odżywianiem i wysypianiem się można zapewnić sobie dobre samopoczucie. To też zaledwie jeden z wielu elementów, które wypływają na mój nastrój. Wiem też, że na niektóre z tych elementów mam wpływ, a na inne nie. Byłoby więc głupotą z mojej strony gdybym świadomie zrezygnował ze swojego dobrego nastroju, zaniedbując tę część mojego życia, którą mogę niemalże w 100% kontrolować. A dbając o takie drobnostki jak wartościowy posiłek, czy butelka z wodą w zasięgu ręki, tworzę całość, która jest przecież niczym innym jak sumą pozornie nieistotnych szczegółów.

Przepis, z którego korzystałem:

200g posiekanej mieszanki orzechowej
100 gram posiekanej żurawiny
100g płatków owsianych
25g pestek słonecznika
50g siemienia lnianego
25g nasion sezamu
300g miodu

Miód rozpuścić. Posiekane orzechy, płatki owsiane, słonecznik i siemię wymieszać w dużej misce. Dodać rozpuszczony miód i bardzo dokładnie wymieszać. Blaszkę, keksówkę, wyłożyć papierem do pieczenia i wyłożyć do niej gotową mieszankę. Za pomocą łyżki mocno wbić w dno blaszki. Wstawić do lodówki na co najmniej 12 godzin. Po tym czasie wyjąć i pokroić na batoniki.

Przepis znalazłem na blogu Owsiana Kraina.

Owsianko-bakaliowe batoniki. Skumulowana, łatwa do zaakceptowania przez organizm, przyjazna dla niego, czysta moc. Źródło niezbędnych składników odżywczych, podanych bez zbędnego towarzystwa. Ich skład nie pozostawia żadnych wątpliwości. Batoniki są pozbawione wszelkich kontrowersyjnych dodatków. Nie ma więc tu mąki, jajek, tłuszczu w postaci masła czy oleju, ani cukru. Zarówno tego białego jak i mniej białego. Wszystkie składniki są pierwotnym, nieprzetworzonym źródłem. Orzechy, nasiona, płatki, miód. Tłuszcz, cukier, węglowodany, błonnik. Wszystko co niezbędne. Dodatkowo, proces produkcji nie zmniejsza ich wartości odżywczych. Ani batoniki, ani ich składnik, nie są bowiem poddane obróbce termicznej. Na kilka godzin lądują tylko w lodówce i to tylko w celu uformowania.

W oryginalnym przepisie zaleca się wyjęcie ubitej masy z lodówki po godzinie. Pierwszy raz tak zrobiłem. Skończyło się na zebraniu pokruszonej masy, ponownym jej ubiciu i schowaniu do lodówki. Przyznam, że po nocy batoniki już dały się dobrze kroić i już były zjadliwe. Najbardziej smakowały mi jednak po kilku dniach, gdy wszystkie składniki się przegryzły. Natomiast w górach, po kilku godzinach marszu, w temperaturze powyżej 30 stopni, ich smak nabrał zupełnie nowego znaczenia

  • Uwielbiam wszelkiego rodzaju batoniki, kulki i inne wynalazki z ziaren i orzechów:) Ja jeszcze czasem wrzucam to wszystko do blendera i z takiej masy lepię te batoniki 🙂 A następnym razem zrobię grubsze, posiekane, właśnie takie jak Twoje:)

  • Wyglądają mało apetycznie, ale ja też lubię takie paprochy:)

    • Prawda. Nie wyglądają zbyt dobrze. Za to wiele dobrego robią. Efekt ich działania rekompensuje w pełni wrażenia estetyczne 🙂

  • A dla mnie właśnie apetyczne 😀 i nie kadzę tylko szczerze 😀 mam słabość do takich batoników i sama często wymyślam rózne opcje z różnym skutkiem 😀 pobieram przepis i dziękuję Artur 🙂