Arabskie Ciasteczka.

IMG_1546

Zacznę od końca. To nie ja! – powiedziała Ewa, lub raczej wybełkotała, dławiąc się kilkoma ciastkami jednocześnie wpakowanymi do ust. Niewielkimi płaskimi, nieporadnie ukształtowanymi krążkami, które w niewyjaśnionych okolicznościach zniknęły, gdy tylko na chwilę spuściłem je z oczu. Ewa unikała mojego spojrzenia. Nie miałem serca ciągnąć ją za język. Uzbrojony w zapas wyrozumiałości przemaszerowałem więc przez pokój, by w naszej małej kuchni z cierpliwością godną japońskich hodowców bonsai, lepić kolejna porcję ma’mouli. Ciasteczek, które zawojowały moja żonę.

Ze wszystkich ciastek, które do tej pory zrobiłeś, te smakują mi najbardziej – powiedziała w końcu, gdy mogła już dojąć do głosu. Jest to o tyle dziwne, gdyż ciasteczka te składają się praktycznie ze wszystkiego czego Ewa od dłuższego czasu unika i zawierają, na dodatek, dwa składniki za którymi, delikatnie mówiąc, nie przepada. Mają w sobie jednak tyle uroku i wdzięku, że całkowicie ją rozbroiły i dosłownie uwiodły. Pozbawiły warstwy ochronnej i rzuciły na kolana, pozostawiając w stanie absolutnej bezbronności. Pomimo wielu uprzedzeń, deklaracji światopoglądowych i bardzo dobitnie wyrażanej początkowo niechęci. Ale zacznijmy od początku.

Chciałbym móc w tym miejscu napisać, że przepis na te ciasteczka znalazłem. Tu a tu, wtedy to i wtedy, w takich a nie innych okolicznościach. Niestety nie mogę. Uczciwość mi na to nie pozwala. Muszę z ciężkim sercem przyznać, że przepis na te ciasteczka znalazł mnie. Wyświetlił mi się mianowicie, jako jeden z pierwszych wpisów, jakie algorytm Facebooku uznał za najbardziej interesujące z ostatnich kilku godzin. Mówiąc prościej, kiedy pewnego dnia wszedłem na obserwowane przeze mnie strony, ten przepis pojawił się praktycznie w pierwszej kolejności. Ostatnio brak mi czasu na rzetelne przeglądanie zawartości sieci, dlatego często jedynie zaglądam w różne miejsca i jeżeli nie znajdę nic interesującego, nie szukam głębiej. Tego dnia nie musiałem ani zgłębiać, ani doszukiwać. Przepis na ma’moule po prostu znalazł mnie.

Zakochałem się w nim od pierwszego wejrzenia. Poczułem się jak rażony gradem strzał szwadronu Amorów. Tak jak moja żona całkowicie poddała się urokowi, zrobionych na podstawie tego przepisu ciastek, tak ja od razu zapragnąłem je zrobić. Czytając już samo zestawienie składników nie miałem żadnych wątpliwości, że ma’moule będą pyszne. Analizując sposób ich wykonania, utwierdziłem się tylko w swoim przekonaniu. Wpatrując w zdjęcia wypieku autorki bloga, na którym znalazłem przepis, delektowałem się w wyobraźni ich smakiem i aromatem. Tak jak Czekoladowe Ciastka Oli z bloga Esencja przemawiały do mnie swoją czekoladowością, tak ma’mule przemawiały do mnie swoim pozbawionym jakichkolwiek skojarzeń wdziękiem.

Ciastka te są bowiem wypiekiem wywodzącym się z najbardziej odległych rejonów kulinarnych, jakie do tej pory się zapuściłem. Na stronach Wikipedii można znaleźć informację, że są one najbardziej popularne w krajach należących do wschodniej części basenu Morza Śródziemnego: w Jordanii, Palestynie, Syrii i Libanie (https://en.wikipedia.org/wiki/Ma’amoul). Biorąc pod uwagę charakterystykę tego regionu świata nie dziwi więc fakt, że ma’moule są przynależne do kilku krajów i kultur oraz do kilku wspólnot religijnych. Funkcjonująca w obiegu nazwa tych ciasteczek, określanych jako arabskie jest więc nieco myląca. Nie przynależą bowiem tylko do jednej religii czy społeczności. Jak pisze Maria z bloga Świat Na Widelcu: Te ciasteczka są symbolem pojednania i otwartości. Pieczenie ich to już tradycja dla Muzułmanów w Ramadan, Chrześcijan w Wielkanoc, a społeczność żydowską w Święto Pesach. Chrześcijan, dodam, zamieszkujących wspomniane wyżej kraje. Czyli piekących swoje ciasteczka bardzo daleko stąd. Poza zasięgiem moich wspomnień i doświadczeń.

Skład ma’mouli co nieco mi mówił, ale zamiast wczytywać się w niego bez końca postanowiłem doczekać do pierwszego wolnego wieczoru i po prostu je zrobić. Bez zbędnych dywagacji.

Przepis, z którego skorzystałem:

ciasto:
125 g masła
75 ml mleka
125 g mąki pszennej
250 g semoliny
75 g cukru
3 łyżki wody różanej

Wszystkie składniki ze sobą dokładnie połączyć, przełożyć do miski, zakryć folią spożywczą i odstawić w chłodne miejsce na minimum 3 godziny lub całą noc. Przez ten czas semolina napęcznieje, a ciasto będzie bardziej elastyczne.

nadzienie:
200 g świeżych daktyli
2 łyżki oliwy
1 łyżka sezamu
szczypta cynamonu

Daktyle wypestkować (można tez usunąć skórkę, ale nie jest to konieczne) i przełożyć do blendera. Dodać sezam, oliwę i cynamon, a następnie zmielić na gładką masę. Ciasto rozwałkować na około 0.5 cm placek i wykrawać kółka o średnicy około 6-7 cm. Na każdym kółku ułożyć kulkę nadzienia i zagnieść ciasto tak aby nie było widać nadzienia. Kulki ciasta układać na blasze do pieczenia, a następnie należy każdą spłaszczyć ręką. Piec w 170 stopniach przez 20 minut do zrumienienia się ma’mouli. Po upieczeniu i ostudzeniu można je posypać cukrem pudrem.

Przepis znalazłem na blogu Świat Na Widelcu, we wpisie Ma’moule – Arabskie Ciasteczka.

Aby uniknąć jakichkolwiek oczekiwań nie drążyłem tematu i nie szukałem innego sposobu na ma’moule. Nie przeglądałem filmików, nie wertowałem polsko i niepolskojęzycznych witryn, nie próbowałem ugryźć tematu od innej strony. Jednym słowem w pełni zaufałem temu przepisowi. Po lekturze tekstu Marii szybko zorientowałem się bowiem, że tak popularne i wpisane w tradycję religijną kilku nacji wypieki, mają zapewne tyle przepisów ile gospodyń. Szukanie tego najbardziej zbliżonego do oryginału, to syzyfowa praca połączona z szukaniem igły w stogu siana. Tak zwane marzenie ściętej głowy. Uznałem ten przepis za najlepszy i praktycznie w stu procentach mu się podporządkowałem. No właśnie. Praktycznie  w tym wypadku nie oznacza niestety zupełnie lecz prawie.

Gdy dociekliwy czytelnik poweźmie decyzje i pójdzie tą drogą co ja, to zapewne dostrzeże poważny brak podobieństwa pomiędzy zdjęciem moich wyrobów, a ciasteczkami Marii. Moje płaskie, nieporadnie ukształtowane krążki w ogóle bowiem nie przypominają ładnych, zgrabnie ukształtowanych krążków autorki przepisu. Postanowiłem bowiem w swojej pomysłowości przechytrzyć system i aby zaoszczędzić kilka złotych zamiast zalecanych w przepisie świeżych daktyli użyłem suszonych. Gdybym, tak jak nakazuje przepis, zmielił je od razu po zakupie, to może by coś z tego wyszło. Ja przed zmieleniem zalałem je wrzątkiem i pozostawiłem na kilkadziesiąt minut by zupełnie zmiękły. To był błąd. Maria wyraźnie pisze: na każdym kółku ułożyć kulkę nadzienia i zagnieść ciasto tak aby nie było widać nadzienia. Z mojej masy nie dało się utoczyć kulki. Zbyt mocno rozrzedzona masa nie nadawała się do kształtowania czegokolwiek. Znaleziony w sieci filmik instruktażowy, utwierdził mnie w przeświadczeniu popełnionego błędu. Zmiksowana masa powinna być jednolita i zwarta. W konsystencji bardziej zbliżona do plasteliny, niż do ketchupu. Niestety na dokupienie świeżych daktyli i wyrobienie nowego nadzienia było już za późno. Musiałem pracować z tym co miałem.

Niezbyt atrakcyjny wygląd moich ma’mouli i kilka siwych włosów, jakie przybyły na moim bujnym zaroście podczas ich robienia, nie wpłynęły na ich ostateczny smak i aromat. Na szczęście nie eksperymentowałem bowiem z pozostałymi składnikami. Semoliny nie zastąpiłem krupczatką, wody różanej aromatem wanilinowym a sezamu siemieniem lnianym. Dlatego gdy wyjąłem pierwszą porcję pięknie wypieczonych, kruchutkich ciasteczek, a w domu rozniósł się ich kojący aromat, poczułem ulgę i satysfakcję. Pierwsze kęsy odebrały mi resztki złudzeń. Kształt tych ciastek i drobne przeszkody, których byłem autorem, przestały mieć znaczenia. Ciastka wyszły wyśmienite.

Niby znajome, ale jednak mi nieznane. Maślano-mleczne, wzbogacone różanym aromatem, idealnie komponujące się z daktylowo-sezamowo-cynamonowym nadzieniem. Doskonale kruche, wprost rozpływające się w ustach, dzięki niewielkim rozmiarom znikające w nich za jednym kęsem. Jedyną ich wadą była ilość. Kilkadziesiąt ciasteczek zniknęło w ciągu kilku miniut. Najpierw za sprawą mojej żony, której reakcja do tej pory mnie zdumiewa. Dwa dni później w wyniku nieopanowanego ataku naszych przyjaciół. Ciasteczka te, jak poprzednie, stały się bowiem nagrodą dla bliskich nam biegaczy, startujących w kolejnych zawodach. W tym dla Ewy.

Na zakończenie wrócę do miejsca w tym wpisie, w którym wspominam, że ciasteczka te składają się praktycznie ze wszystkiego czego Ewa od dłuższego czasu unika i zawierają, na dodatek, dwa składniki za którymi, delikatnie mówiąc, nie przepada. Mam tu na myśli te drobne niedogodności, które w pierwszym momencie wywoływały grymas sprzeciwu na twarzy moje żony: tłuszcz w postaci masła, węglowodanowa bomba w postaci dużej ilości mąki i cukru oraz obecność wody różanej i daktyli, których nie cierpi. Mam tu na myśli drobne niedogodności, które w ostatecznym rozrachunku nie przeszkodziły jej w delektowaniu się smakiem tych wyśmienitych, wyjątkowych arabskich ciasteczek.

  • ja tam uważam, że wyglądają uroczo 🙂 nie wszystko musi wyglądać ksiązkowo i idealnie – wtedy ma w sobie zresztą duszę 🙂 Gdzie dostałeś wodę różaną? Posiadam świetną książkę kucharską z kuchnią libańską, a tak woda różana jest na każdym kroku, a jakoś jej dorwać nie mogę 🙂
    Jeżeli Twoja Ewa miałaby ochotę na coś bez tych strasznych ilości mąki, masła i cukru, to u mnie są właśnie super zdrowe muffiny 😛
    ale mąka i cukier zawsze robią swoje niestety, i zawsze smakują 🙂

    • Artur troszeczkę przesadził – masło i węglowodany nie są mi aż tak bardzo straszne – zajrzyj na mój blog a się przekonasz ile w moich muffinkach jest cukru i mąki, haha 🙂 Za to woda różana, bleeee….

    • Dziękuję 🙂 Określenie „uroczo” idealnie oddaje wygląd moich ciasteczek 😀 Zwłaszcza, że w oryginale przywiązuje się bardzo dużą wagę do ich wyglądu. Produkowane są specjalne, bogato zdobione formy do ma’mouli 😀 A wodę różaną kupiłem w „Kuchniach świata” za dosłownie 6,5. Poza tym jest kilka przepisów w necie na zrobienie samemu. Taka książkę chętnie bym zgłębił. Po tych ciastach mam ochotę na więcej wyrobów spod znaku gwiazdy i półksiężyca 🙂 Pozdrawiam serdecznie!

  • Sam napisałeś, że ile gospodyń tyle przepisów. Ten przepis jest Twój i wykonanie też, więc może niech to będą ciasteczka arturabskie, albo artabskie, zwane też są’moje. 😉
    „Zacznę od końca. To nie ja – powiedziała Ewa”. To mi się kojarzy raczej z początkiem, początkiem świata. 😉 A jeśli chodzi o zakończenia. Kurcze, Twoje działania w kuchni zawsze mają zakończenia szczęśliwe. Nawet jak coś pójdzie nie tak w trakcie, to z Twoich rąk i tak wyjdzie cudo. I tu znów wyczuwam przesłanie na życie. Nawet jak coś spieprzysz, to dokończ to tak, by wydobyć z tego co najlepsze, a finał może cię zaskoczyć. 🙂

    • Dziękuję serdecznie! Pięknie to ujęłaś 😀 Spieprzone nie znaczy przecież stracone 😀 Przepis należy całkowicie do Marii ze Świata Na Widelcu. Ja go tylko odtworzyłem. Takie ciastka to dla mnie majstersztyk proporcji i składu. W życiu bym sam nie wpadł na taką kompozycję. Pozdrawiam Cię serdecznie!

      • Ponieważ przepis trochę zmodyfikowałeś uważam, że w tym momencie już jest Twój. Przepis Marii ma suszone daktyle? Nie. 🙂 To już jest zupełnie inny przepis. 😉 A! Zapomniałam dodać, zaskoczyło mnie słowo semolina. 🙂

        • właśnie! semoco? 🙂

        • @bloggierka:disqus 🙂 Semolina to mąka z pszenicy durum. Ta sama, z której robi się praktycznie wszystkie włoskie makarony. Fajna w dotyku 😀

          • Kat

            Wydaje mi się, że semolian to po prostu kasza manna. Ale mogę się mylić 🙂 Pozdrawiam!

          • Pewnie są bardzo zbliżone i podobne, ale semolinę uzyskuje się z pszenicy durum. Czyli twardej. Ma więcej glutenu i inne właściwości higroskopijne od zwykłej pszenicy. Tyle informacji znalazłem w sieci 🙂 Mąka semolina ma faktycznie podbobną konsystencję, ale muszę usypać ja obok kaszy manny i wtedy będzę wiedział wszystko na pewno 🙂 Pozdrawiam!

    • Dopiero teraz doczytałem skojarzanie z początkiem świata 😀 😀 Nie wpadłem na to. Genialne! Może faktycznie te ciasteczka to jakiś początek… 😀

  • marzena

    Cudne są. Bardzo mnie zainteresował przepis i z chęcią je spróbuję 🙂 pozdrowionka 🙂

    • Dziękuję pięknie 🙂 Wcale mnie nie zaskoczyło, że ma’moule były pyszne, ale że aż tak pyszne to tego się nie spodziewałem 😀 To naprawdę bardzo dobre ciastka. Pozdrawiam!

  • Nigdy nie próbowałam i nie słyszałam, ale czuję że to moje smaki, moje aromaty, moje składniki. Połączenie musi być genialne 🙂 Uwielbiam arabską kuchnię za te wspaniałe podejście do łączenia smaków.

    • Tak jak pisałem od pierwszej lektury tego przepisu nie czułem spokoju dopóki ich nie zrobiłem. Sa wyśmienite pod każdym względem. następnym razem mam zamiar trzymać się przepisu, więc będą do tego na pewno ładniejsze. Dziękuję Gosiu i pozdrawiam!

  • Ja daktyle uwielbiam ale ani blendera nie mam ani wody różanej ani sezamu więc muszę uwierzyć na słowo. A fakt że Ewa podjadała/wyjadała mimo uprzedzeń jest najlepszą reklamą! 😀
    ps. Odnoszę wrażenie że Ewa jest Twoim najsurowszym krytykiem, a czasem wręcz za surowym. Ewuś- taki wrażliwy i utalentowany mężczyzna który na dodatek TAK gotuje/piecze/pekluje, itp to skarb! Do not be too harsh on him 🙂

    • Dziękuję Aguś! Nie dość, że podnosisz moje poczucie wartości, to jeszcze ratujesz morale w zespole 😀 A fakt jest taki, że Ewa jest bardzo wymagająca. 90% tego co robię jej nie smakuje, ale nie przez złośliwość tylko odmienność gustu. Jej wymagania mnie motywują. Jeżeli zdarzy się więc historia, że coś jej naprawdę smakuje (a te ciasteczka naprawdę smakowały) to z dumą zaplatam ręce na pierś, zakładam okulary i sunę z podniesiona głową w kierunku zachodzącego słońca w rytmie jungle w tle 😀 Pozdrawiam!

      • Normalnie to zobaczyłam. 😀 Jak zakładasz te okulary i suniesz w kierunku zachodzącego słońca w rytmie jungle. 😀 Uśmiałam się w głos. :-D:-D:-D

        • The Jungle is Massive 😀 😀

          • Ponowne włączenie wizji, tym razem z muzyką w tle, sprawiło że turlam się ze śmiechu. :-D:-D:-D

      • No to teraz już rozumiem. I wybacz że stanęłam za Tobą jak lew- mały ale lew ;).
        Nie zwalniaj z tworzeniem i niech wszelaka krytyka mobilizuję Cię do działania a nie podcina skrzydła 🙂

        • Twoje Lwie stawiennictwo jest dla mnie zaszczytem! Dziękuję :*

          • polecam się! mała ale waleczna 😀

    • Agnieszko – nie bądź dla mnie taka surowa… Konstruktywna krytyka jest jednym z najlepszych motywatorów – jako twórca i rękodzielnik coś na ten temat wiem 😀
      Pozdrawiam :*

      • Konstruktywna. mądra i piękna 😀

      • Ewuś, ja bardzo przepraszam że źle odebrałam sytuacje. Najważniejsze że nakręcacie się do działania no i tak bardzo wspieracie!
        Pozdrawiam ;*

        • Świetnie to ujęłaś 😀 To prawda. Nakręcamy się do działania. Za każdym razem gdy coś robię wiem, że muszę dać z siebie wszystko. Za każdym razem gdy czegoś szukam wiem, że muszę szukać głębiej. To wspaniałe! A, że mi „czasem” coś nie wyjdzie… 🙂 Dziękuję i pozdrawiam!

          • I o to chodzi w związku- żeby się nawzajem nakręcać! Nudno nie jest! 🙂
            ps. Uwielbiam Was 🙂

  • Kinga C

    Ciasteczka na zdjęciu wyglądają bardzo zachęcająco i chętnie bym sięgnęła po jedno, gdyby moja ręka nie odbiła się od ekranu 😉

    • Dziękuję 🙂 To bardzo miłe z Twojej strony 😀 Jeszcze trochę popracuję, to zaczną wyglądać naprawdę ładnie. Na razie to pierwsze próby. Pozdrawiam Cię serdecznie!

  • Wyglądają rewelacyjnie i pewnie są przepyszne. Szkoda, że mój takich cudów nie piecze… 🙂 Też bym podjadała!

    • Dziękuję 🙂 Mi tez nikt takich nie piekł, więc upiekłem sobie sam 😀 Radochy sterta i satysfakcja gwarantowana, a tym co nie chcieli pomagać tylko szczeny opadają z zachwytu 🙂 Radość innych bezcenna! Pozdrawiam!

  • Daktyle, sezam, oliwa…. pyszne polacznie. Ostatnio robilam sezamowo-daktylowe kule i wyszly pyszne! Podsylam: http://bezgrzesznarozpusta.pl/przepisy/wybitnie-pyszne-kule-daktyle-sezam/ Pozdrawiam, Daria xxx

    • O! Dziękuję za wspaniały przepis! Przecież to istne cuda! Jak połączenie tego co wspaniałe ze wszystkim co najlepsze! Genialny 🙂 Pozdrawiam serdeczne i jestem pewien, że lada moment zrobię te kule!

  • Artur BARDZO uwielbiam Twoje miejsce w sieci 🙂 Twoja żona jest niewinna tego „to nie ja” Pewnie uraczyłeś ją (oczywiście oprócz Twoich nieziemskich kulinariów) filmem dla nieletnich ” Hotel Transylwania”. A co do reszty? Kaaaaarma. Ciasteczka znalazły Ciebie. Żona jęczy już przy pierwszym ciasteczku. A Twoja broda jeszcze pięknieje 🙂 Jutro wrócę z pracy i zrobię co mogę, żeby zdążyć upiec TWOJE SEXY ciastka na moje 25 lat 🙂 Ściskam Was!

    • WOW! Ale emocje! Aż się zgrzałem czytając Twój komentarz! Dzięki 😀 Rzucam wszystko i pędze robić kolejną porcję 😀 Trzeba „kuć żelazo” póki GORĄCE 😀 Pozdrawiam!

  • Kurka patrzę sobiebi bym zjadła, ale nie mam wody różanej i semoliny. Upieklabym ale w gorąc omijam piekarnik… znam smak tych słodkości z Turcji zdaje się, lub przynajmniej coś podobnego. Pyszne mają łakocie. Omnom

    • Pyszne to prawda. Niestety nie da się tych składników zastapić. Plus jest taki, że raz kupione starczają na wiele porcji. Tylko daktyle trzeba dokupywać 🙂 Wszystko przed Tobą Aniu 🙂 Pozdrawiam!