Amare Per Sempre.

IMG_0721_s

Budzę się w poniedziałkowy poranek. W głowie nadal szumią mi wspomnienia poprzedniego dnia. Wyjątkowego. Spędzonego w całości z ukochana osobą. Podczas którego wyjątkowe i wspaniałe było wszystko. Rozglądam się dookoła siebie i choć nic się nie zmieniło, wszystko wydaje się być inne. Nie ma czasu na wspólne śniadanie, plan dnia nie zakłada obiadu z przyjaciółmi. Wczorajszy uśmiech zaginął gdzieś w pośpiechu, rozłące i rozczarowaniu.

Poprzedni dzień spędziliśmy z żoną w sposób wyjątkowy. Byliśmy razem. Mieliśmy czas dla siebie i możliwość skupienia na sobie niemalże całej swojej uwagi. Okazywaliśmy sobie serdeczność, sympatię, zainteresowanie w sposób o wiele łatwiejszy niż zwykle. Dużo rozmawialiśmy, śmialiśmy się, milczeliśmy. Tego wyjątkowego dnia otrzymałem od mojej żony o wiele więcej niż bym się spodziewał. Każdy jej uśmiech, każdy gest, każde słowo, wspaniały prezent w postaci perfum, wszystko było wspaniałe. Nieważne było co tego dnia robiliśmy, czy co się tego dnia wydarzyło. Ważne czego nie było, czego nie robiliśmy.

Pierwszy lepszy poniedziałek zweryfikował wszystko. Opadły emocje. Pomiędzy słowa wkradł się niepokój, gesty zmieniły znaczenie, czas, uwaga, skupienie podzieliły się pomiędzy czynności. Wraz z porankiem pojawiło się widmo całodziennej rozłąki, konieczność koncentracji na domowych i zawodowych obowiązkach. Nie było najmniejszej szansy, by z dnia wycisnąć choćby jedną dodatkową godzinę tylko dla siebie. Wspomnienia poprzedniego dnia nadal żywe tkwiły w mojej pamięci. Poprzedniego dnia nie było pracy, nie było obowiązków, nie było gonitwy. Poprzedniego dnia nie było irytacji, napięcia, złości. Czy jednak poprzedniego dnia byłem innym człowiekiem? Czy tego dnia nagle urosłem, zmężniałem, zmieniłem zabarwienie skóry, stałem się śniadym amantem z brazylijskiego serialu? Czy moja żona była wtedy kimś zupełnie innym? Czy moja miłość do niej dziś była słabsza niż wtedy, gdy leżeliśmy na sofie oglądając jakiekolwiek filmidło? Oczywiście, że nie. Dziś od wczoraj różniło się tak naprawdę tylko tym, że między nami nie było moich oczekiwań.

Tego dnia niczego się od niej nie spodziewałem. Skupiłem się tylko na wydobyciu z siebie tyle ile się da, by jej podarować jak najwięcej. Swoją uwagę, uśmiech, zainteresowanie, swoja akceptację, pomoc i co najważniejsze, swój brak oczekiwań. Niezależnie od tego czy mi  to w końcu wyszło, czy nie, starłem się. Przestawiłem swój sposób myślenia z roszczeniowej postawy napompowanego pychą samca na koncentrację na osobie mojej żony. Nie liczyłem jednocześnie na pochwały czy podziękowania. Nie to miało znaczenie. Ważne dla mnie było to, że ona jest uśmiechnięta, rozmowna, rozluźniona i skora do czułości.

Poniedziałek minął w niespecjalnie przyjemnej atmosferze. Wtorek również nie należał do dni wartych zapamiętania. Jeszcze nie do końca dotarła do mnie dopiero co odkryta prawidłowość. Dręczyłem się myślą, że może jednak nie we mnie tkwi problem? Może jednak nie ja jestem za nasze relacje odpowiedzialny? Środę spędziłem sam. Dzień wolny rozplanowałem tak by w całości nie poświęcić go sobie. Postanowiłem niczym się zajmować, ani niczego nadrabiać. Postanowiłem w praktyce zastosować odkrytą teorię. Skupić się na domowych obowiązkach, nie na sobie. Ukoronowaniem moich starań była oczywiście przedłużona wizyta w kuchni. W całości poświęciłem ją żonie i zrobiłem dla niej kolejną rzecz, związaną z jej ulubioną kuchnią włoską.

Przepis, z którego skorzystałem:

Składniki
130 g orzechów laskowych
120 g całych migdałów
100 g mąki
12 g kakao
5 g cynamonu
1/3 łyżeczki mielonego imbiru
1/3 łyżeczki gałki muszkatołowej
otarta skórka z 1 pomarańczy, sparzonej i wyszorowanej
150 g suszonych fig, pokrojonych w grubszą kostkę (oraz kilka fig do dekoracji)
50 g suszonych daktyli, pokrojonych w grubszą kostkę
200 g miodu
80 g cukru
niewielka ilość cukru pudru do dekoracji

Migdały i orzechy laskowe prażyć w piekarniku na blaszce przez 10-12 minut w 180°C. W dużej misce wymieszać figi, daktyle, skórę z pomarańczy, orzechy, przesiane kakao, przesianą mąkę, cynamon, gałkę muszkatołową oraz imbir. W małym garnku doprowadzić do zagotowania miodu z cukrem (gotować około 10 sekund). Zalać miodem suche składniki. Energicznie mieszać, aż masa zgęstnieje. Przełożyć do tortownicy o średnicy 16 cm wyłożonej papierem do pieczenia i piec około 45 minut w temp. 155°C. Studzić, posypać cukrem pudrem i ozdabiać plasterkami fig lub daktyli. Najlepiej smakuje podane w cienkich plastrach.

Przepis znalazłem na stronie Kuchnia Lidla.

Tym razem było to toskańskie ciasto panforte. Znane również jako panforte di Siena, gdyż głównie z tą właśnie włoską miejscowością jest kojarzone. Twarde aromatyczne ciasto, rodzaj piernika wypełnionego do granic możliwości bakaliami, miodem i przyprawami. Ciasto spożywane (…) szczególnie chętnie w okresie bożonarodzeniowymi (https://pl.wikipedia.org/wiki/Panforte) stało się dla mnie pretekstem do okazania moje żonie tej uwagi i tego skupienia, którego dopiero do doświadczyłem. Które dopiero co gdzieś zaczęło mi umykać.

Ciasto wyszło takie jakie miało wyjść. Przepyszne, niepowtarzalne, wyjątkowe pod każdym względem. Bogate w smaku, bogate w zapachu, niezwykle interesujące pod względem konsystencji. Bardzo twarde i możliwe do zjedzenia dopiero po pokrojeniu w bardzo cienkie plasterki. Intensywny aromat skórki pomarańczy w połączeniu z cynamonem, gałką muszkatołową i imbirem na samą myśl wywołuje u mnie chęć do sięgnięcia po kolejny kawałeczek. Ciasto nie znika jednak tak szybko, jak by się wydawało. Ilość miodu i cukru oraz słodkich fig i daktyli powoduje, że jest bardzo sycące i w pełni zaspokaja głód oraz pragnienie kontaktu z węglowodanami. Na szczęście ciasto nie ma tendencji do psucia się. Wręcz odwrotnie. Jak pisze autorka bloga White Plate: Panforte można zawinąć w folię. W temperaturze pokojowej można je przechowywać miesiącami (Panforte di Siena).

Po tegorocznych Walentynkach zrozumiałem, że ten wyjątkowy dzień to tylko czubek góry lodowej. U jego podstaw znajduje się bowiem pozostałe 364 dni roku. To, że zrobiłem dla ukochanej osoby coś wyjątkowego tylko raz w roku jest chwalebnym i godnym pochwały czynem. Nie ma jednak nic wspólnego, moim zdaniem, z miłością. Zaspokoiłem tylko w ten sposób chwilową potrzebę pozbycia się wyrzutów sumienia z powodu codziennych zaniedbań. Jednorazowe zrobienie pizzy, nieważne jak czaso i pracochłonne nie ma nic, moim zdaniem, wspólnego z miłością. Nawet ciasto, które zrobiłem,  jest tylko sposobem na przypodobanie się, ale nie ma nic wspólnego z miłością. Pomimo tego, że można je przechowywać miesiącami, może być jej alegoria, ale nie jest przecież nią samą. Już bliżej jest porządek, który po sobie zostawiłem, śmieci które wyniosłem czy łazienka którą w końcu umyłem. Ale nadal czynności te wykonane raz, wyjątkowo, nie mają nic wspólnego z miłością.

Czy zatem codzienna staranność i dbałość o ukochaną osoba, objawiająca się wyręczaniem, pomaganiem, zainteresowaniem, troską już ma coś wspólnego z miłością? Ta prawdziwą? Moim zdaniem i w moim wypadku już nieco tak. Ale jeszcze nie do końca. Moja miłość do mojej żony nabiera pełnej wartości dopiero, gdy oprócz czasu, energii, skupienia umysłu i uczuć zaoferuję jej jeszcze właśnie brak oczekiwań. Akceptację tego, jakim jest człowiekiem, jaką jest osobą. Akceptację tego, jaka jest w danym momencie. Akceptację jej dobrych i słabszych chwil. Akceptację zmienności jej nastrojów. Akceptację wzrostów i spadków energii. Akceptację jej zmęczenia, zniechęcenia, rozdrażnienia. Akceptację jej odmiennego zdania, akceptację jej oczekiwań i akceptację tego, że moje oczekiwania bardziej nam przeszkadzają niż pomagają. Wreszcie akceptację tego, że zrobione przeze mnie, specjalne dla niej ciasto niespecjalnie jej smakuje. Ale na to już nie mam przecież żadnego wpływu.

  • piekny wpis, jakże romantyczny 🙂 a ciasto…oj nie dziwię się, że je wybrałeś. wygląda niesamowicie, a po przeczytaniu składu ślinka mi cieknie na sama myśl! szkoda, że nie ma wśród codziennych obowiązków czasu na takie codzienne świętowanie, szkoda..

    • No właśnie z punktu widzenia codzienności słabo to wygląda, ale jakby każdy dzień zawierał choć kilka chwil to licząc w tygodniach te chwile stają się godzinami, w miesiącach dniami, w latach tygodniami… A miłość to niejednorazowa przygoda na chwilę. Z perspektywy życia wygląda to bardzo dobrze. Tak jak powinno być. Dlatego codzienność jest najważniejsza. W końcu tylko ona jest realna. 😀 Dziękuję i pozdrawiam!

  • Czytam. Co czytam? Przepis na ciasto. Jakie ciasto. Ciasto, którego smaku nie jestem w stanie sobie wyobrazić.:-) Naprawdę żałuję, że nie mogę go spróbować. 🙂 Czytam dalej. Co czytam? Przepis na miłość. Piękny i praktyczny poradnik jak kochać drugą osobę. I chce mi się powiedzieć : panowie, czytajcie i uczcie się. Ale zaraz, dlaczego tylko panowie, panie też czytajcie i się uczcie. 🙂 Tu nie napiszę, że żałuję iż nie mogę spróbować, bo miłości próbuję i uczę się codziennie. Piękny wpis.

    • Dziękuję z całego serca! Ja piszę o sobie i swoich obowiązkach, ale przecież miłość łączy dwa serca 🙂 Prawdziwe szczęście to związek, w którym każdy z partnerów ma oczekiwania tylko w stosunku do siebie. Inaczej tylko połowa będzie szczęśliwa 😀 Pozdrawiam!

  • W cudowny i niebywale oryginalny sposób przemycasz w przepisie na ciasto to co w życiu najważniejsze….MIŁOŚĆ. Z całego serca gratuluję Wam uczucia, gratuluję szczęścia. Uwielbiam czytać o miłości, uczuciu. Zapewne dlatego, że sama jestem szaleńczo zakochana:)

    • Dziękuję 🙂 Dziękujemy 🙂 Pozdrawiam serdecznie! O miłości można przecież pisać i czytać w nieskończoność 🙂

  • Niesamowite że potrafcie tak pielęgnować i rozmawiać o uczuciu które jest między Wami. Mnie uderza Twoja samoświadomość i takie wysokie stawianie poprzeczki- by żonę zadowolić. Musisz naprawdę mocno kochać ale też bardzo wiele rozumieć. Przepiękny wpis. A ciasto- nawet jeśli niezbyt smakowało to wygląda obłędnie!

    • Dziękuję pięknie 🙂 Kochamy się i rozmawiamy. Jesteśmy ze sobą bo łączy nas więcej niż potrafią wyrazić słowa. Ale „miłość” oddaje to najlepiej. Miłość tu i teraz, dziś, a nie wczoraj czy jutro. tyko ona ma sens 🙂 Pozdrawiam Cię serdecznie!

      • Oby takich świadomych, mądrych i czułych ludzi jak Wy było więcej na tym świecie! 🙂

  • To takie bardzo ciepłe i w sumie cudowne, że piszesz o jedzeniu i o miłości. Dużo tym wszystkim ciepła i jestem przekonana, że potrawy które gotujesz mają w sobie to niepowtarzalne ciepło. Fantastycznie się to czyta, a jak już człowiek przeczyta to myśli o tym aby to zjeść… aby poczuć choć trochę tego ciepła i miłości, który wypływa z przepisu.

    • Dziękuję za Twoje słowa 🙂 Dziękuję z całego serca 🙂 Pozdrawiam serdecznie!

  • Gdyby mój mąż zechciał czasem tak spojrzeć na nas dwoje. Piękny przepis na miłość. A ciasto też niczego sobie 🙂