After Party.

Jak powszechnie wiadomo, po każdej porządnej imprezie należy dobrze się nawodnić. Niezależnie od tego czy jest to gruby melanż, czy charytatywny bieg, ubytek płynów w organizmie, spowodowanych intensywnych wysiłkiem jest nie tylko nieprzyjemny, ale również niebezpieczny. Wiadomo też, że najlepiej zrobić to niekoniecznie za pomocą czystej wody. Ta, jak sama nazwa wskazuje, jest zbyt czysta.

Nauka rozwiewa w tej kwestii wszelkie wątpliwości. Sama woda nie dostarcza do organizmu zbyt wielu elementów odżywczych. Zaspokajając chwilowo pragnienie nie wyrównuje organizmowi tego, co utracił wraz z potem. Jeżeli charakteryzuje się wysoką zawartością minerałów to z Bogiem sprawa. Kilka w niewielkich ilościach zostawi. Jeżeli natomiast nie, to nie dość, że niczego nie zostawi, to wypłucze to, co jakimś cudem w organizmie ocalało. Nie wspomnę o witaminach czy węglowodanach, których nie zawiera.

Nauka dostarcza oczywiście gotowe rozwiązanie i na ten problem. Ściślej rzecz ujmując rozwiązanie to dostarczają producenci napojów. Są nim oczywiście izotoniki. Kolorowe. Aromatyczne. Smaczne. Mieniące się wszystkim barwami tęczy. Wszechobecne. Wszędzie tam, gdzie pojawia się wysiłek. Gdzie grymas bólu miesza się z wyrazem radości. Gdzie zbliża się, trwa lub właśnie się zakończył proces zbyt wytężonej pracy całego niemalże organizmu.

Izotoniki są niczym innym jak tylko napojami, które mają na celu wyrównanie poziomu wody i elektrolitów wydalanych z organizmu w procesie wydzielania potu, a także uzupełnienie witamin i soli mineralnych oraz, w niewielkim stopniu, węglowodanów spalanych podczas wysiłku fizycznego (https://pl.wikipedia.org/wiki/Napoje_izotoniczne). Ich podstawowym zadaniem jest więc, po prostu, nawodnić organizm. Nic więcej. Na czym więc polega ich magia? Czym różnią się od czystej wody?

Izotoniki skonstruowano tak, by były rozwiązaniem najlepszym i w zasadzie tak jest. Praktycznie wszystkie są doskonale skomponowaną mieszanką wszystkiego co organizmowi przed, w trakcie lub po wysiłku niezbędne. Zawierają witaminy, węglowodany, sole mineralne. Niestety, oprócz tego co niezbędne zawierają też to, co zbędne. Skład większości izotoników to istna tablica Mendelejewa. Nic więc dziwnego, że zwróciłem się ostatnio ku domowej produkcji.

Początkowo myślałem, że próba zrobienia w domu izotoniku to jak próba wykonania napoju typu cola. Graniczące z cudem marzenie ściętej głowy. Przypomniało mi się jednak, że to co ja właśnie odkrywam dla mojej żony jest oczywiste od lat. W dużym uproszczeniu izotonik to ni mniej ni więcej tylko mieszanka wody oraz źródeł mikroelementów, witamin i węglowodanów. Czyli soli, soku owocowego i ewentualnie cukru. Z takim nastawieniem rozpocząłem szukanie idealnego przepisu i z takim nastawieniem od razu poniosłem porażkę.

Przeglądając kilka stron znalazłem powtarzający się ten sam przepis. Doskonałą, prostą konstrukcję, opartą tylko na trzech składnikach: wodzie, soli i soku z owoców cytrusowych. Zachwyciłem się nim. Biorąc pod uwagę brak cukru i wynikające z tego faktu przeznaczenie, uznałem go za przepis idealny. Uzyskany dzięki niemu izotonik ma z założenia być wykorzystywany po treningu. Jego celem jest tylko uzupełnienie braków, bez dostarczania źródeł energii. Po prostu najlepszy!

Przepis, z którego skorzystałem:

1l wody
9 g soli kuchennej
sok z 1 dowolnego owocu cytrusowego

Wszystkie składniki wymieszać.

Początkowy zachwyt szybko przerodził się w rozczarowanie. Próbną porcję zrobiłem z połowy składników. Na szczęście, gdyż po pierwszym łyku trafiła do zlewu. Drugą po wielu przeróbkach odstawiłem i z doskoku podchodzę do niej raz za razem. Tego, co powstało po wymieszaniu wszystkich składników nie można nazwać napojem. Poza konsystencją ma z nim niewiele wspólnego. Za to dużo wspólnego ma z roztworem. Głównie soli. Niesiony entuzjazmem, dopiero przy pierwszych łykach zorientowałem się, że podana jej ilość to prawie dwie łyżeczki na litr wody. To prawie jedna łyżeczka na pół litra!

Świadomie nie podaję źródła tego przepisu, gdyż pojawia się on w zbyt wielu miejscach. Jest też wyjątkowo kompromitujący. Wydaje mi się, że nikt kto go podał nie posilił się, by choć zanurzyć w nim usta.

Nie byłbym sobą jednak gdybym tak sprawę zostawił. Mając jeszcze świeżo w pamięci smak izotoniku, który piłem po ostatnich zawodach, postanowiłem metodą prób i błędów uzyskać podobny lub przynajmniej taki, który nadawałby się do wypicia. Przy drugiej próbie zmniejszyłem ilość soli o połowę, dodałem podwójną ilość soku z cytryny i posłodziłem monstrualna ilością cukru. Jak już wspomniałem efekt nie jest zdumiewający. Nadal mój izotonik bardziej przypomina roztwór niż napój.

Dopiero po kilku godzinach zastanawiania się nad tematem przypomniałem sobie pewien obraz, który od początku miałem przed oczami, a który dopiero teraz nabrał dla mnie znaczenia. Moja żona robi w nim napój, którym po treningu gasi pragnienie. Nie tylko. Robi napój, którego celem jest dostarczenie organizmowi mikroelementów, witamin i dzięki któremu wypita woda pozostanie na dłużej w organizmie. Robi wypracowany przez siebie i dopasowany do swoich wymagań smakowych izotonik. Napój, który składa się z mniej więcej szklanki wody, kilku plasterków cytryny i szczypty soli… Takiej jej ilości, która wystarcza, która nie demoluje układu trawiennego przez wywołanie odruchu wymiotnego.

Rzadko się zdarza, bym wpis zakończył bez podania sprawdzonego, dobrego i poleconego przeze mnie przepisu. Tym razem tak będzie. Nie doszedłem w swoich poszukiwaniach do miejsca, w którym stanąłbym w obliczu doskonałej receptury. Nie dojdę do niego. Jestem o tym przekonany, gdyż wiem, że taka nie istnieje. Patrząc na to jak moja żona przygotowuje swój izotonik nie rozumiałem, że chciałem poruszać się po śliskiej nawierzchni subiektywnych doznań.

Chcesz zrobić przepyszny izotonik w domowych warunkach? Weź nieco wody, wciśnij do tego sok z cytryny, dodaj odrobinę soli i, jeżeli masz potrzebę, tyle cukru, miodu lub dowolnego słodziku ile lubisz. Nie przepadasz za cytryną? Postaw na pomarańcze, grejpfruty, może inne owoce. Stwórz własną kompozycję. Delektuj się nie tyle efektem co komponowaniem. Daj się ponieść wyobraźni. Być może dojdziesz do miejsca, w którym nigdy już nie sięgniesz po neonowy napój z butelki o wymyślnym kształcie.

Albo zajrzysz do lodówki, odkręcisz słoik i prosto z niego wypijesz kilka potężnych łyków najbardziej popularnego i jednego z najbardziej skutecznych izotoników: soku z ogórków kiszonych. Bogatego w minerały witaminy i probiotyki napoju, który nie zachęca ani wyglądem, ani zapachem, ani smakiem. Jest po prostu najlepszy.

 

  • Uwielbiam Twoje rozważania. Do tego mam przekonanie graniczące z pewnością, że gdybyśmy się spotkali, to nawet nie tyle byśmy gadali, co bym siedział i słuchał Twoich gawęd (nie tylko kulinarnych) do rana.
    A co do izotonika, dokładnie tym samym tropem szedłem, bo niestety przepisy w necie podają zbyt dużo soli. Też pierwsza porcja wylądowała w zlewie. Potem już było lepiej, ale… Niestety u mnie problemem jest woda. Dietetyczka zalecała mi zamiast tworzyć izo, żeby pić wody mocno zmineralizowane (plus ew. cytryna) ale mój żołądek bardzo nie lubi mineralizacji i już. Sól ledwo, ledwo toleruje. Po cytrynie niestety u mnie pozostaje gorzki posmak, miodu nie dodaję, bo nienawidzę słodkiego po bieganiu 🙂 I tu koło się zamyka i niestety toczy się w kierunku tych kupnych…
    Sok z pomarańczy też nie jest wyjściem, bo jeszcze mi się smacznej mieszaniny nie udało wytworzyć. No i co tu pić? 🙂

    • Odpowiedzią jest ostatni akapit 😛 😀 A tak na poważnie to faktycznie problem. Może zamiast cytryny kwasek cytrynowy? 😀 Trudno mi cokolwiek doradzić, bo to dla mnie nowy temat. A co do spotkania to ja mruk jestem i sobek 🙂 Wole pisać. No może czasem coś burknę, ale potem jest krępujące milczenie więc raczej stoję za Ewą 😀 Ściskam Cię i do miłego!

  • Zgadzam się – sok z kiszonych ogórów, ja po prostu uwielbiam! Nie ma porównania z tym sklepowym, kolorowym szitem kipiącym od chemii. Generalnie bez kiszonych ogórków żyć nie potrafię i cierpię, jak nie mam ich w lodówce.